platforma blogowa portalu Tygodnik Ostrołęcki

Dunga czyli Gapcio

Wielkimi krokami zbliża się Wielki Finał. Czas pobawić się w podsumowania. Podsumujmy zatem ten Turniej. A sciślej, dwie jego największe indywidualności – trenerów reprezentacji, które stoczyły w finale dramatyczny mecz, rozstrzygnięty dopiero w dogrywce – Brazylijczyka Dungę i Niemca Joachima Löwa.

Ten pierwszy od początku zaskoczył wszystkich. Jeszcze przed mundialem zapowiadał, że tym razem Brazylia zagra inaczej, a przede wszystkim, że on sam zmienił się od czasu, kiedy był kapitanem Canarinhos. Na dowód zmiany, jeszcze przed turniejem, na jednej z konferencji prasowej, zwrócił się w ich ojczystym języku do Argentyńczyków, czym zszokował pół Południowej Ameryki. Mówił, że tak naprawdę to Argentyńczyków lubi, dziękuje im za wkład w rozwój światowego futbolu i, że zawsze cenił bardziej Maradonę niż Pelego. Zszokowani pierwszymi konferencjami Dungi rodacy nawet nie zorientowali się jaką to kadrę powołał na mundial. Zostawił w kraju swoich najsłynniejszych piłkarzy. Wiedział, bowiem, że gwiazdy mają swoje humory i nie zawsze będą się umiały powstrzymać przed grą faul. Indywidualności zastąpił solidnymi, ale grzecznymi graczami. Nikomu nie powierzył roli reżysera gry, może dlatego, że sam był przez lata takim reżyserem i po prostu nie widział godnego następcy. Taktykę też zmienił nie do poznania. „Po pierwsze defensywa!” grzmiał do swoich piłkarzy w szatni przed każdym meczem. I trzeba powiedzieć, że ci go słuchali. Kiedy tylko byli atakowani, natychmiast wybijali piłkę na róg, w aut, albo w przysłowiowe buraki i ustawiali się karnie w polu karnym. Nieliczne kontrataki wyprowadzali ostrożnie i pełną asekuracją tyłów. Dunga nie sięgnął na tym turnieju po żaden, z bogatego repertuaru fauli – nie było ciągania za koszulki, szczypania w tyłek w polu karnym, głośnego mówienia w podbramkowym zamieszaniu o pochodzeniu i zajęciu matki rywala. „Puchar jest najważniejszy!” powtarzał swoim piłkarzom i swoim kibicom. I ci w to wierzyli. I w to, że Brazylia nigdy nie może przegrać…

Trener Niemców, Joachim Löw też zaskoczył i zaszokował przyzwyczajonych do stylu gry następców Beckenbauera. Choć od razu trzeba zaznaczyć, że wszystko co robił, robił pod czujnym okiem i przy aprobacie „Kajzera”. Nikt, nigdy w Niemczech, póki „Kajzer” żyje, nie będzie mógł nawet beknąć bez jego zgody, to oczywiste. Co nie zmienia faktu, że Löw na tym turnieju pokazał światu zupełnie inne Niemcy, niż ci do, których kibice byli przyzwyczajeni od czasu kiedy ten dumny naród wdział krótkie spodnie – czyli od zawsze. Przede wszystkim postawił na wielość. Do reprezentacji powołał piłkarzy z niemal całego świata. Zasada była prosta – dla Niemiec może grać każdy, kto nie jest Brazylijczykiem. Bo i cel był jeden – pokonać Brazylię – styl i kibice się nie liczyli. „Zgoda buduje” powtarzał swoim piłkarzom na zgrupowaniach. Niestety z marnym skutkiem, bo mówił po niemiecku, a wielokulturowość w jego ekipie była tak wielka, że mało który piłkarz rozumiał język Goethego. Dlatego w ekipie niemieckiej zdarzali się indywidualiści, którzy ledwo co zeszli z zdrzewa i nie do końca rozumieli różnicę subtelności między łapaniem na spalonego a paleniem głupa. Taki jednak urok niemieckiego multi-kulti, Löwowi to nie przeszkadzało – tolerował wybryki swoich gwiazd. Zdarzały mu się też wpadki. Według niektórych kompromitujące, ale czy rzeczywiście zjedzenie na ławce trenerskiej baby z nosy, to aż taki wielki grzech? Wszak liczy się wynik…

A właśnie, jaki był wynik Finału? A skąd mam wiedzieć? Odpowiedź kibice poznają w niedzielę…

Na koniec ciekawostka: Dunga to oczywiście – jak u każdego Brazylijczyka – przydomek. Dunga to imię krasnoludka z portugalskiej wersji bajki o królewnie śnieżce i 7 krasnoludkach. Polskim odpowiednikiem Dungi jest Gapcio. Niektórzy kibice kręcą nosem na to, że zwycięzcą mundialu może zostać krasnoludek. I do tego Gapcio! Coś w tym jest. Chociaż z drugiej strony może lepszy Gapcio od gościa, który je baby z nosa. No, nie wiem, nie wiem…

Zostaw komentarz

*