Dziękuję Panu, Panie Napieralski!
Kampania wyborcza wkracza w decydującą fazę. Na szczęście w decydującą fazę wkraczają też mistrzostwa świata w piłce nożnej. I w tym miejscu chciałbym bardzo podziękować panu Grzegorzowi Napieralskiemu. Dzięki jego dobremu wynikowi, będę mógł w najbliższym czasie w pełni poświęcić się wysłuchiwaniu wuwuzelowych koncertów i oglądaniu (mam nadzieję koncertowej) gry reprezentacji Argentyny i Brazylii.
Śledzenie kampanii wyborczej odsuwam na dalszy plan. Nie interesuje mnie oglądanie panów K. mizdrzących się do lewicowego elektoratu. Preludium lewackiego absurdu w wykonaniu obu panów K. (których nie wiedzieć czemu część społeczeństwa wciąż uważa za „liberalnych”) mieliśmy już przed pierwszą turą. Kiedy to Jarosław K., jak na rasowego lewaka przystało, wytknął Bronisławowi K., że ten chce prywatyzować szpitale. Bronisław K. zareagował na takie dictum też jak na rasowego lewaka przystało – podał Jarosława K. do sądu! No bo jak to można zarzucać komuś, że w ogóle może mu w głowie powstać myśl prywatyzowania szpitali!
Mój wzrost niechęci do śledzenia kampanii panów K. (i odwrotnie proporcjonalną do niego tolerancję na dźwięk wuwuzeli) spotęgowało ostatnie wystąpienie Jarosława K. Prezes PiS, na wiecu w Szczecinie – po raz kolejny w tej kampanii – zaprezentował swoją głęboką przemianę a na dodatek – chyba po raz pierwszy w tej kampanii – po prostu skłamał.
Przemiana polega na tym, że Jarosław K. nie będzie już używał słowa „postkomuna” a będzie mówił „lewica”. A kłamstwo? Jarosław K. raczył był powiedzieć, „no może i jesteśmy trochę lewicowi”. To oczywiście kłamstwo, panie prezesie. Wy nie jesteście „trochę lewicowi”. Jesteście po prostu lewicowi.
Na „dowód tego kłamstwa”, Jarosław K., zaraz po deklaracji o „trochęlewicowości” przypomniał, że jak był premierem, to powołał ministerstwo do ratowania polskiej gospodarki morskiej. Niestety nie wytłumaczył, dlaczego nie zakończyło się to sukcesem. A szkoda, bo chętnie bym się dowiedział, jak to możliwe, że powołanie ministerstwa danej dziedziny gospodarki nie doprowadza szybko i sprawnie do pobudzenia danej dziedziny gospodarki. Przecież to absolutny kanon gospodarki centralnie planowanej, sprawdzony przez kilkadziesiąt lat w, nieodżałowanej pamięci, gospodarczym kolosie jakim był Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.
Niestety nie odnotowałem jeszcze żadnego prolewicowego wystąpienia drugiego z kandydatów w dogrywce kampanii. I dlatego jeszcze nie wiem, jak będzie mizdrzył się do lewicowego elektoratu Bronisław K. Ale na pewno coś wymyśli. Popyta sztabowców, pogrzebie w wikipedii i coś wymyśli.
Tymczasem wolę słuchać dźwięków wuwuzeli i pocieszać się, że to tylko wybory prezydenckie. Poczekam do parlamentarnych. Może w nich objawi się ktoś, kto nie będzie mnie na siłę przekonywał, że tak naprawdę zawsze był lewicowy. Bo obserwując polską scenę polityczną od ładnych paru lat, doskonale o tym wiem. I nie trzeba mnie przekonywać.


22 czerwca 2010 (wtorek), godz. 15:42
Niezależnie od tego czy Jarosław będzie posługiwał się słowem “postkomuna”,czy “lewica” jest daleko od tzw.nowoczesnej lewicy.Powodem jest to,że współczesna lewica idzie w kierunku ustroju socjaldemokratycznego z naciskiem na wartości i swobody jakie demokracja przynosi obywatelom.Pan Kaczyński hołduje katolewicy i wartościam narodowo-socjalistyznym.Ktoś mądry nazwał to później faszyzmem.
24 czerwca 2010 (czwartek), godz. 17:51
Zgadzam się z pana zdaniem, że nie warto zajmować się śledzeniem kampanii wyborczej. Kampania wyborcza nie jest adresowana do ludzi interesujących się sprawami publicznymi, którzy na podstawie własnych obserwacji potrafią wyciągać odpowiednie wnioski. Tacy ludzie wiedzą co reprezentują poszczególni kandydaci i żadna kampania wyborcza nie jest im potrzebna.
Ale nie podoba mi się w Pana wpisie niechęć do kandydatów mizdrzących się do “ciemnego ludu” do którego w gruncie rzeczy kampanie są kierowane. Czy to się panu podoba, czy nie, to ten “ciemny lud” w ostatecznym rozrachunku decyduje kto zostaje wybrany. Ci niezłomni, w wyborach przepadali. Proszę poobserwować historię wyborów na prezydenta. Najpierw doszło do kompromitującej sytuacji, w której o godność prezydenta ubiegali się Wałęsa i Tymiński. Później bezkonkurencyjny był discopolowy pajac. Tusk przegrał wybory w znacznej mierze wskutek tego, że uznał, że z kanalią Lepperem układał się nie będzie, zaś Jego konkurent takich skrupułów nie miał.
I konkluzja. Niezależnie od Pana obrzydzenia kampanią, jeden z kandydatów wygra. Jak Pan wspomniał, obserwuje Pan scenę polityczną i wie Pan kogo na co stać. I proszę sobie na podstawie własnych obserwacji odpowiedzieć (pomijając całkowicie obserwacje kampanii wyborczej), czy jest Panu wszystko jedno, który z kandydatów wygra. Jeśli odpowiedź jest negatywna (a jak sądzę, tak jest w przypadku rozsądnego, myślącego człowieka)to sugerowałbym jednak skorzystać z możliwości wyboru i nie zdawać się na decyzję “ciemnego ludu”.